Reklama
Reklama

Integracyjna Szkoła Podstawowa nr 67 im Janusza Korczaka

Publiczne Gimnazjum Integracyjne nr 47 im. Janusza Korczaka

PRZEZ TRZY KACETY -wspomnienia pana Mirosława Firkowskiego PDF Drukuj Email
Wpisany przez I.Michałowska   
wtorek, 10 kwietnia 2012 14:10

 

 

 

PRZEZ TRZY KACETY - wspomnienia pana Mirosława Firkowskiego

 

 

 

 

Urodziłem się 1 września 1922 roku. W dniu, w którym wybuchła II wojna światowa kończyłem siedemnaście lat. Mieszkałem wtedy w rodzinnym mieście – Końskie. Moja miejscowość była mała. Każdy się tam praktycznie znał. Miałem, obok Polaków wielu kolegów żydowskiego pochodzenia, wspólnie spędzaliśmy czas na różnychzabawach. Panowała tam bardzo przyjazna atmosfera. Niestety nie wiem, jaki los spotkał moich żydowskich kolegów podczas wojny, mogę się tego tylko domyślać. Miałem dwóch braci. Nasz tata brał udział w I wojnie światowej, za co otrzymał wysokie odznaczenia państwowe. Byliśmy z braćmi dumni z naszego taty. Często opowiadał namo tym, jak walczył w oddziałach generała Józefa Hallera. Wiedzieliśmy, że wniósł swój wkład w odzyskanie niepodległości przez Polskę po 123 latach niewoli. Miało to niewątpliwie wpływ na nasze życie przed wojną i naszą postawę podczas wojny. Razem z braćmi należeliśmy do harcerstwa. Ja od czwartej klasy szkoły powszechnej ( wtedy nie mówiło się szkoła podstawowa tylko powszechna). Bardzo miło wspominam naszą drużynę. Kiedy wybuchła wojna, uczęszczałem do IV klasy gimnazjum (po ukończeniu szkoły powszechnej musiałem zdać egzamin do gimnazjum). Wybuchu wojny nikt z nas nie spodziewał się (dorośli być może coś przeczuwali, my młodzież myśleliśmy wtedy o innych sprawach). Pierwszą informację o najeździe Niemiec hitlerowskich na Polskę usłyszałem w radiu. Polska, moim zdaniem nie była przygotowana, aby bronić się przed wrogiem. Wtedy jednak nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Z wielką energią i ochotą włączyliśmy się w przygotowania do obrony naszego rodzinnego miasta przed agresorem. Ja i moi koledzy z drużyny harcerskiej należeliśmy do Ligi Obrony Przeciwlotniczej, dlatego pierwszym naszym zadaniem było wykopanie schronów przeciwlotniczych. Moja drużyna dostała też rozkaz obrony magazynów. Mieliśmy również za zadanie obserwować tory kolejowe oraz informować o każdym przejeżdżającym pociągu niemieckim. Te obserwacje przynosiły korzyści, ponieważ wiedzieliśmy,gdzie Niemcy mają swoje składy i dzięki tym informacjom polscy żołnierze mogli je zniszczyć. Kiedy było już wiadomo, że Końskich nie uda się obronić, tak jak wielu jego mieszkańców, zdecydowałem się uciekać z rodzinnego miasta. Pewnego dnia Niemcy dogonili nas w małej wiosce i całkowicie ją spalili. Wydarzyła się tam wtedy pewna, straszna rzecz, która mobilizowała mnie do walki i do przetrwania, aby o tych strasznych wydarzeniach móc opowiedzieć następnym pokoleniom. Otóż jeden z Niemców wyrwał płaczącej matce z rąk dziecko i wrzucił je do ognia. Było to straszne przeżycie. W czasie wojny dzięki dyrektorowi naszej szkoły Panu Lambertowi, zajęcia szkolne rozpoczęły się z niewielkim opóźnieniem. W szkole należałem do Służby Zwycięstwu Polski. Mogliśmy spotykać się i komunikować z kolegami. Niestety moja edukacja wojenna nie trwała długo, ponieważ gimnazjum zostało zamknięte. Aby nie wywieźli mnie na roboty do Niemiec, pracowałem jako sekretarz w nadleśnictwie. Co miesiąc dostawałem wypłatę, którą dzieliłem się z moją mamą.  Niestety 12 grudnia 1940 roku zostałem aresztowany. Jak zawsze, śpiesząc się do pracy, myłem się w kuchni. Niespodziewanie ktoś zapukał do drzwi. Otworzyła je mama. Byli to gestapowcy i cywil. Zapytali o mnie i powiedzieli, że pójdę z nimi. Domyślałem się już, o co chodzi. Moja mama płakała, więc ją uspokajałem jak mogłem, chociaż sam byłem pełen obaw. Znaleźli u mnie teczkę, w której był polski mundur i ulotki. Za ten czyn zostałem uwięziony w kieleckim więzieniu. Śledztwo było bardzo brutalne. Jeden z gestapowców cisnął we mnie krzesłem i ciężko zranił mi rękę (później okazało się, że została ona złamana), a potem bito mnie do nieprzytomności. Z powodu chorej ręki przebywałem w szpitalu. Pewnego dnia gestapowcy wyczytywali alfabetycznie nazwiska. Wszystkie wyczytane osoby miały zostać wywiezione. Wśród nich byłem i ja. Potem wszystkich nas wrzucono do zimnych wagonów. Tak zaczęła się moja „podróż” do Auschwitz. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, co mnie czeka. Gdy wysiedliśmy z wagonów pogrupowano nas w piątki i ulokowano w obozie. Tam odbyło się mycie i golenie. Było to okropne przeżycie. Moja ręka nie była jeszcze w pełni zdrowa. Podczas mycia zniszczeniu uległy ochraniające ją opatrunki. W pewnym momencie jeden z esesmanów oblał strumieniem wody z gumowego węża moją chorą rękę. Ból był okropny, ale nie dałem niczego po sobie poznać. Nie chciałem dać satysfakcji zwyrodnialcowi, którego taka „zabawa” najwyraźniej bardzo cieszyła. Następnie przydzielono nam obozowe numery, ja otrzymałem numer 13182. Moja ręka pozbawiona opatrunków i specjalistycznych maści zaczęła ropieć. Nasz blokowy, Ślązak Will Smyczek, zaprowadził mnie do obozowego lekarza. Ten po wstępnym obejrzeniu mojej ręki postanowił amputować ją do łokcia. Była to dla mnie straszna wiadomość. Na szczęście tak się nie stało. Innemu lekarzowi zawdzięczam to, że moja ręka jest na swoim miejscu. Robił mi potajemnie opatrunki z papieru toaletowego i maści, którą udało mu się zdobyć. Ręka po pewnym czasie zaczęła się goić, a teraz jest już całkiem sprawna. Pierwszym obozowym zajęciem było przyszywanie do ubrań czerwonego trójkąta z literą P. (oznaczenie narodowości polskiej). W tym czasie nie otrzymywałem żadnych wiadomości od rodziny, co potęgowało mój ból i rozpacz. W Auschwitz przebywałem prawie dwa lata (od kwietnia 1941 r. do marca 1943 r.). Z Auschwitz wywieziono mnie do Neuengamme, gdzie spędziłem następne niemal dwa lata swego obozowego życia. W Neuengamme pracowałem w cegielni. Wypalałem cegły w piecach, gdzie temperatura dochodziła do 50 stopni Celsjusza. Nie służyło to mojemu zdrowiu i nabawiłem się zapalenia płuc (o co było nietrudno, gdy z gorącego pomieszczenia wychodziło się, wynosząc cegły na powietrze, gdzie temperatura była znacznie niższa). W lutym 1945 r. zostałem wywieziony do Bergen-Belsen. Z Bergen-Belsen wyzwoliły nas wojska angielskie (18 kwietnia 1945 r.). Nie umiem opisać, jaką wtedy czułem radość. Do Polski wróciłem w 1946 roku. Gdy przybyłem do Końskich moja radość nie trwała długo. Dowiedziałem się o wielu smutnych rzeczach, o śmierci młodszego brata (zginął w partyzantce), o ciężkiej chorobie starszego. Niedługo potem wyjechałem do Warszawy, a następnie do Łodzi, by leczyć się oraz kontynuować naukę.  W Łodzi mieszkam do dziś. Tutaj zdałem maturę. Nabyte podczas wojny choroby, dawały mi się we znaki, więc nie mogłem dalej kontynuować nauki na studiach. Tutaj także założyłem rodzinę. Po wojnie moja rodzina nie pytała o moje przeżycia obozowe, wiedzieli, że jest to dla mnie bardzo przykre i bolesne doświadczenie. Szanowali moją wolę. Po raz pierwszy do Auschwitz pojechałem wraz z żoną, dopiero 30 lat po tych strasznych przeżyciach. Chciałem jej o tym wszystkim opowiedzieć. Niewiele zdołaliśmy zobaczyć – nie wytrzymała tego psychicznie i wybiegła. Publicznie, po raz pierwszy o wojennych losach, opowiadałem w jednej z niemieckich szkół wiele lat później. Na początku bałem się, że zostanę wyśmiany przez niemiecką młodzież. Przyjęto mnie jednak miło i z uwagą słuchano mojej historii. Po jednej z takich lekcji, niemiecka dziewczyna, powiedziała, że wstydzi się swojego pochodzenia. W następnych latach odbyłem wiele takich spotkań i prelekcji w szkołach, zarówno polskich jak i niemieckich. Do tej pory jeżdżę do polskich oraz niemieckich szkół i opowiadam o swoich przeżyciach z czasów II wojny światowej. Wojna była najgorszą rzeczą, która mnie spotkała. To, czego doświadczyłem wówczas w obozach, było traumatycznym przeżyciem. Myślę, że ludziom trzeba wybaczać, ale nigdy nie wolno zapomnieć o okrucieństwach II wojny światowej. Dlatego uważam, że moim obowiązkiem jest przekazywanie historii młodemu pokoleniu, aby ta nigdy nie powtórzyła się.
 

 

                                                                                                                                                                            Wiadomości zebrał i opracował Wojciech Zawadzki na podstawie relacji ustnej pana Mirosława Firkowskiego oraz jego wspomnień zawartych w książce pt. ,,Przez trzy kacety", Łódź 2006 r.

 

 

Poprawiony: poniedziałek, 02 lipca 2012 11:14
 
Copyright © 2020 Integracyjna Szkoła Podstawowa nr 67 im. Janusza Korczaka w Łodzi. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL.
Copyright © link do domeny     Joomla Templates